poniedziałek, 12 grudnia 2011







Lauren St John: Opowieść słonia. Przeł. Agnieszka Walulik ( Tytuł oryginału : The elephant`s Tale ) Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2011

                       

            Grudzień jest miesiącem, w którym częściej pomagamy niż zwykle. Nadaje się do tego bardziej niż inne dni. Dlaczego? Przecież w tym czasie obchodzimy Święto Bożego Narodzenia. Gdy wokół nas roztacza się świąteczna aura zaglądamy do swego serca. Łatwiej wtedy odwołać się do ludzkiej wrażliwości. To przecież nie godzi się żebym pławiła się w rozkoszach kulinarnych przysmaków i cieple domowego ogniska. A na innym kontynencie choć gorącym pierwszy raz od 30 lat ONZ ogłosił klęskę głodu.

Tym miejscem jest Afryka. Naturalnym odruchem w takiej sytuacji jest chęć udzielenia pomocy. Przeglądając ostatni numer czasopisma popularno-naukowego „Fokus” natknęłam się na artykuł o skandalu humanitarnym powstałym w wyniku dawania wsparcia afrykańskiej ludności.

Pomoc od zawsze była wartością, która nie podlega dyskusji. Tymczasem okazuje się, że może mieć, tak jak  bieda różne oblicza. W wcześniej wspomnianym artykule pojawiają się szokujące hasła jak np. „Pomoc, która zabija” albo pytanie : „Dlaczego światu opłaca się nędza Afryki?”. Sama pomoc na zasadzie zaspokojenia wyrzutów sumienia lub poprawienia sobie samopoczucia już nie wystarcza. Chodzi o to aby była skuteczna i tym samym trafiła do właściwych osób. Tak jak pisze Joanna Nikodemska : „ Jeśli naprawdę chcemy pomóc najbiedniejszym krajom świata i uchronić ludzi przed śmiercią głodową, musimy przestać działać doraźnie, wożąc dary, na których bogacą się lokalni watażkowie. Potrzebne są rozwiązania systemowe...” Nie może to być tylko wspaniałomyślny gest, na który nas stać raz w roku. Pomoc ma stanowić przemyślany program, w którym najważniejszy jest potrzebujący. To oni nas potrzebują. Tymczasem wychodzi na to, że to ubodzy są nam niezbędni.

Drodzy słuchacze! Dziękuję, że mogłam podzielić się z Wami myślą o pomaganiu.

A teraz przejdźmy do świata książek. Ostatnio trafiła w moje ręce „Opowieść słonia”. Zapewne jak się domyślacie, jest związana z Afryką. Wiem, że przecież to nie czas podróży ale dzięki kontrastom nasze życie nabiera innego wymiaru. Pewnie niedługo spadnie pierwszy śnieg. A wówczas ciepła kolorystyka okładki tej książki ogrzeje Cię. Jest na niej tak charakterystyczny dla tych stron- słoń, na tle piaszczystych wzniesień. Wpatruję się i już daję się ponieść klimatycznym opisom Lauren  St John, która pewnie pisząc swoje opowieści przenosi się w świat dzieciństwa. Urodziła się bowiem w Rodezji. Takie miejsce nie daje się tak łatwo zapomnieć.

czwartek, 1 grudnia 2011

Kocie sprawy




















Vicki Myron, Bret Witter: Dziewięć wcieleń kota Deweya. Wydawnictwo Znak Kraków 2011





            Mam przed sobą książkę, na wspomnienie której uśmiecha mi się serce. Bo jak inaczej można zareagować na opowieści pełne miłości, której bohaterami są koty i ich właściciele?
           
            Jakby mało tego, w tle opisanych wydarzeń jest najbardziej magiczne miejsce -biblioteka. Tu bowiem znalazł dom zmarznięty kociak, którego wrzucono w mroźną noc do otworu na zwracane książki. Stąd nie dziwi okładka wraz z rudowłosym ( zapewne ) Deweyem i stosem ułożonych w pięknym kształcie książek. Jest na niej także napis zapowiadający, że znajdziemy w tej historii wyjątkowe koty, które zmieniły ludzkie życie.

            Z przygodami tego niezwykłego kociego bohatera mogliśmy zapoznać się w pierwszej książce Vicki Myron, zatytułowanej „Dewey. Wielki kot w małym mieście”. Spotkała się z takim odzewem, że jej autorka postanowiła kontynuować te dzieje. Powstały one dzięki tym wszystkim, dla których kot stał się kimś ważnym w ich życiu. Każdy rozdział jest historią to o Ciasteczku, to o Marcepanie, innym razem o Plebance, Pannie Szarotce czy Bożonarodzeniowym Kocie... Ich imiona mówią wiele. Są pełne słodyczy i czułości, jaką obdarzali je ich opiekunowie.



            W okresie przedświątecznym półki sklepów są zasypane figurkami aniołów. Lubię zatrzymać się przy nich, popatrzeć i mimo woli uśmiecham się... Ich sylwetki zapowiadają magię Świąt. To w końcu Anioł zwiastował Maryi radosna nowinę o narodzeniu Jezusa Chrystusa.

Dlaczego piszę o aniołach? Ponieważ Vicki Myron uwierzyła w ich istnienie gdy zobaczyła w Deweyu jednego z nich. Ja osobiście wierzę w anioły, którymi mogą okazać się przypadkowo spotkani ludzie. Potem stwierdzam, że to nie był przypadek. Bo jak nazwać kogoś, kto wypowiedział słowa, na które czekaliśmy całe życie? To nie może być zbieg okoliczności.

Autorka „Dziewięciu wcieleń kota imieniem Dewey” wspomina o magii jej bohatera, który choć był tylko  kotem, ale potrafił wydobywać z ludzi to, co najlepsze. I rzeczywiście chyba tak jest, że tchnienie iluzji porusza w nas delikatną strunę dobra. Ci, którzy przychodzili dotychczas do biblioteki po książki, zaczęli do niej zaglądać aby spotkać Deweya. A jego niezwykłość polegała na tym, że dokładnie wiedział, kto najbardziej w danym momencie potrzebuje uwagi.

Tak dobrze się czuli z tym, co im dawał Dewey, że zapragnęli przygarnąć inne kocie stworzenia. Potem życie toczyło się po swojemu ale nic już nie było takie samo. Dotknęła ich miłość... Na czym polegała jej wyjątkowość? Może mogłaby na to odpowiedzieć właścicielka kotki o imieniu Ciasteczko, która tak stwierdziła: „ nikt, ani moja córka, ani rodzice nie kochali mnie tak mocno jak Ciasteczko”

Jeśli znasz kogoś, kto ma kota lub po prostu je lubi to lektura tej książki przysporzy im wielu miłych i ciepłych wrażeń. Czasem może i smutnych ale i taki odcień przeżyć jest nam potrzebny  bo w końcu na to czeka wrażliwość. A nie są jej pozbawieni ci, którym los wszystkich zwierząt od nas uzależnionych nie jest obcy.

środa, 30 listopada 2011

Jean Dommerson: Traktat o szczęściu. Kraków Znak 2011

Trwa sobotnie popołudnie.... Przed chwilą włożyłam do piekarnika ciasto z jabłkami. Te jesienne owoce są takie pyszne. I znów mogę dzielić się z Wami wrażeniami z kolejnej lektury. Tym razem czytałam „Traktat o szczęściu” napisany przez Jeana Domerssona.

            Autor traktatu pisze swoje rozważania na temat jednego z ziemskich cudów – życia.
Książka jest utrzymana w formie dialogu pomiędzy Starcem a Ariadną. Rozpoczyna go prolog, w którym są pytania o nasze istnienie tu na ziemi. Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy i co robimy na tym padole łez? Pytania na pozór banalne a jednocześnie tak trudne, że wciąż nie znamy na nie odpowiedzi. Nić Ariadny prowadzi nas po labiryncie historii filozofii, której przedmiotem jest rozwiązanie tajemnicy sensu życia.
           
            Z drugiej strony mamy postać Starca, w którym z czasem rozpoznajemy Boga. Nawołuje On do zatrzymania się choć na dwie minuty aby odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy język, życie i myśl są ludziom niezbędne? Możemy także usłyszeć , jak Stwórca cieszy się , że jest. I chociaż nie poznamy Go do końca to dzięki Niemu możemy wierzyć i nieustannie Go szukać. Tak po prawdzie jest sensem naszego życia.

            Z kart tej książki przebija się podziw dla myśli ludzkiej. Zauważmy te fascynację w tych oto słowach Jeana Dommersona : „Co to znaczy myśleć? To stworzyć sobie ideę siebie i świata wokół. Kto tworzy sobie takie wyobrażenie? Jeśli możemy to wiedzieć, w ogromie wszechświata tylko jedna postać, tak mała, że prawie nieistniejąca: ja – to znaczy my. Między wszechświatem a człowiekiem, który o nim myśli, jest większa odległość niż między ziarnkiem piasku a oceanem. Ale to ziarnko piasku, mniejsze niż nic, ma zdolność – cud niesłychany – myśleć o sobie i o wszystkim”

            Czasem razem z pisarzem oddajemy się jego ulubionej czynności tj. żeglowaniu po całym wszechświecie, który jest dla niego jak pięknie napisana powieść.

            Dla mnie „Traktat o szczęściu” jest specyficznym podręcznikiem prowadzącym po ścieżkach filozofii. Jak wiadomo ta dziedzina wiedzy nazywana także miłością mądrości jest bardzo obszerna i można nieustannie dryfować po niej a wciąż ma się wrażenie „wiem, że nic nie wiem”. Odniosłam także wrażenie, że pisarz w tej książce zamknął swoje najskrytsze przemyślenia. Może nie każdy lubi filozofować ale prawdopodobnie wszyscy dążymy do osiągnięcia szczęścia.

            Okładka Traktatu jest przepiękną ilustracją w ciepłych barwach. Widzę na niej otwartą dłoń, na której spoczywa rozłożona książka, tak mała, że można powiedzieć, książeczka. Tuz obok ptaszki o czerwono, zielono i żółtych piórkach, które wraz z motywami kwitnących kwiatów i jesiennych liści zdają się mówić: szczęście jest blisko ciebie! I jeśli to zrozumiesz to wówczas cały wszechświat będzie należał do ciebie.

            Obecne dni skłaniają do zadumy nad tajemnicą, jaką jest życie. Znasz kogoś, kto czasem oddaje się egzystencjalnym refleksjom? Ta książka byłaby dla niego idealnym prezentem pod choinkę lub z innej okazji. A może sam pobuszujesz po krainie filozofii by odnaleźć szczęście na dłoni...

           

wtorek, 22 listopada 2011

Ksiązka jak wata cukrowa

Delerm Philippe: Dickens,cukrowa wata i inne smakołyki.Przeł. Hanna Tygielska.W-wa 2006 Wyd.Sic!

Lektura tej książki od samego początku przenosi nas w odległe zakątki dzieciństwa. Dzieje się tak z powodu nostalgii, która została obudzona wspomnieniem o jedzeniu. Zwykłe puree okazuje się nadzwyczajnym dodatkiem do obiadu.
Każda strona to delicja, którą chciałoby się delektować. Nieprzypadkowo są na okładce bladoróżowe pianki, delikatne, puszyste i słodkie jak książka. Kiedy autor słowami maluje rozkosze podniebienia powstają pełne ekspresji i zadumy portrety potraw.
Zastanawiałam się , czy po tę książkę warto sięgnąć kiedy jest się głodnym czy najedzonym? Odpowiedź znalazłam w jednym z cytatów Marcela Prousta: ”Potrawy się czyta , a książki się jada”
W jednym z rozdziałów p.t. „Podwieczorek” D.Philippe namawia do „Fai petit!” co oznacza „Jedz mało!”, tak jak jemu mówiły babcie. Wydaje mi się, że tą książkę również należy czytać „Fai petit!” aby móc się nią jak najdłużej delektować.
Pięknym jest także fragment o starym i biednym poecie. Poruszająca jest jego błoga radość gdy spaceruje wieczorem w blasku zapalonych gazowych latarenek i przypomina sobie odkryte zdania. Staje wówczas z rękoma założonymi z tyłu i uśmiechem zadowolenia na ustach. A życie „odmładnia” od tych kilku znalezionych słów. To przydarza się chyba każdemu gdy udaje się oddać słowami to, co czuje.
Czy znacie jabłka miłości? Widziałam je na świątecznym targowisku w Wiedniu. Wyglądały zachęcająco a mimo to nie kupiłam ich. Samo patrzenie sprawiało mi o wiele więcej przyjemności. Chyba przeczuwałam to o czym pisze P.Delerm. Jabłka te z wierzchu wyglądają magicznie, ich czerwony kolor lśni od glazury i kusi…A jednak gdy zęby wbijają się w miękisz spotyka je rozczarowanie spowodowane cierpkością smaku. Taka czasem bywa miłość.
Ta książką zwyczajnie zachwyciłam się. Jeśli chcecie przeżyć to samo to oddajcie się „próżnowaniu pośród nieznanego świata”.

Japońskie klimaty

Joanna Bator: Japoński wachlarz. Powroty. [Wyd.2 popr. i poszerzone] Warszawa WAB 2011 r.


         Teraz już  mogę napisać o Japonii, a raczej o książce, dzięki której ta kraina nie jest już dla mnie tak nieodgadniona. Potrzebowałam czasu aby klimat Krainy Kwitnącej Wiśni powoli we mnie wsiąkał. A kiedy już wydawało mi się, że wszystko poznałam to zrozumiałam, że jest to miejsce na ziemi, gdzie nie wystarczy ani wiedzieć o nim jak najwięcej ani nie wystarczy tam być. Japonię może zrozumieć tylko jej mieszkaniec.

         Do takich refleksji doprowadziła mnie lektura książki zatytułowanej „Japoński wachlarz. Powroty.” Jak sam tytuł mówi, jej autorka była w tym egzotycznym kraju wielokrotnie. Do powracania w te strony motywowały Joannę Bator badania naukowe nad złożonością japońskiej kultury.  Prowadzone przez nią wnikliwe obserwacje są tematem wykładów w Polsko  - Japońskiej Wyższej szkole Technik Komputerowych na Wydziale Kultury Japonii.

         W tej chwili mam w sobie tyle wrażeń, że nie wiem od czego zacząć. Może od okładki, na którą patrzenie sprawiało mi tyle przyjemności. Im dłużej patrzyłam coraz bardziej widziałam jak wypełnia u mnie pustkę związaną z treścią a raczej jej brakiem w słowie – Japonia. Teraz też widzę dwa kolory – biały i czerwony. Pierwszy jest odpowiednikiem niewinności kwiatów kwitnącej wiśni a czerwień to kontrast, który tak mocno się wyróżnia na białym tle. Taka jest właśnie Japonia , jednocześnie taka delikatna i zarazem brutalna. Także wewnętrzna strona zaskakuje fotografią autorki, młodej i pięknej kobiety odzianej w kimono o kwiecistym wzorze, przepasanej grubym czerwonym pasem. Spod pleców wystaje spory wachlarz, który jest rozłożony jak u pawia. Rozwiany włos i sylwetka wskazują, iż uśmiechnięta Joanna Bator podskakuje, zapewne z radości jaką daje możność odbywania podróży i poznawania odległych zakątków świata.

         Książka jest pięknie wydana i zaopatrzona także w japońskie słowa i ich graficzne odpowiedniki. Zachwycają mnie pisma, których znaki tworzą symbolikę znaną tylko wtajemniczonym. Wiem także, że opanowanie tego pisma  nie należy do łatwych zadań. Również ciekawym uzupełnieniem tego subiektywnego i osobistego przewodnika są zdjęcia.

         Jednak tym, co najcenniejsze to zapiski spisane barwnym i obrazowym językiem. Każda strona to jak obraz pobudzający do estetycznych odczuć czy refleksyjnej zadumy.

         Podążanie za Panią Joanną po labiryncie japońskiego życia było  dla mnie jak towarzyszenie jej w podróży. I tak jak w wędrówce bywa robiłam sobie przerwy. Po nich zaszywałam się w tłoczne istnienie tutejszych mieszkańców. Zaskoczyła mnie wzmianka o czytaniu Tokijczyków. Oddają się tej czynności wszędzie, nawet „w porannym tłoku tokijskiej kolejki ściśnięci ciało przy ciele. W bliskości, która wystawia na próbę wyuczony dystans i powściągliwość. Plecy w plecy, brzuch w brzuch z sąsiadem. Ile trzeba akrobacji, by uniknąć niegrzecznego spojrzenia w twarz sąsiada. Nikt nie przeklina i nie narzeka. Z gąszczu ciał falujących w rytm pociągu wystają ramiona z książkami”. To bardzo optymistyczna wizja potrzeby czytania.

         Także opisanie kulinarnego świata Japonii to strony wypełnione zdaniami na temat posiłków, których przygotowywanie to istna sztuka. Jedzenie  ma przede wszystkim wyglądem  dostarczyć Japończykom przeżyć estetycznych. W sensie kulinarnym atmosfera świąt trwa tu cały rok. Brzmi to zachęcająco, prawda?

         Trudno napisać krótką recenzję o tej książce. To zadziwiające wobec faktu, że nigdy nie byłam w Japonii. Jednak dzięki książce „Japoński wachlarz. Powroty” mam wrażenie, że wróciłam z dalekiej pasjonującej podróży. I może nadal nie rozumiem tej kultury ale dziś moja Japonia nie jest tak pusta jak kiedyś... Spojrzałam na Kraj Kwitnącej Wiśni innym okiem...